ETAP I 22 V - 13 VI 2004
ŚWINOUJŚCIE - SASSNITZ - KOPENHAGA - HELSINGOR - SKAGEN - FRASERBURGH - INVERNESS - DRUMNADROCHIT HARBOUR - FORT AUGUSTUS - GREAT GLENN BANAVIE - CORPACH - DUNSTAFFNAGE BAY
Załoga:
Wojciech Meinhardt
Anna Żyła
Szymon Machel
Rafał Majewski
Karol Dąbrowski |
 |
 |
Do nas należał pierwszy etap rejsu na Islandię, czyli szczęśliwe i terminowe doprowadzenie jachtu z Polski do Zachodniej Szkocji.
Po kilkunastu godzinach oczekiwania na nabrzeżu w starej, porosyjskiej bazie okrętów w Świnoujściu mam możliwość wejścia na pokład "Rzeszowiaka" przystąpiliśmy do odbioru jachtu, który zakończył się w późnych godzinach nocnych. Pakowanie zostawiliśmy na następny dzień - było już późno, byliśmy zmęczeni, no i jeszcze nie wszystkie zakupy zostały dokonane. Cały kolejny dzień trwało pakowanie i kupowanie, jako, że zostaliśmy obarczeni "obowiązkiem" zrobienia części zapasów dla kolejnych etapów rejsu, które nie miały możliwości zabrania ich ze sobą np. na Islandię.
Po zapakowaniu się zrobił się wieczór i zdecydowaliśmy się wyruszyć na noc, wbrew nie najlepszym prognozom. Już przy punkcie odprawy granicznej mieliśmy przedsmak tego, co nas czeka - tężejące 7 B z NW. Pogranicznik kazał nam szybko odpływać, abyśmy nie rozsmarowali się mu na nabrzeżu. Ponieważ miało być gorzej, a załoga raczej świeża (oczywiście za wyjątkiem Kapitana), na "dizelgrocie" skierowaliśmy się "na" Kopenhagę.
Niestety, po 10 godzinach 8 B "w twarz" z powodu "odwodnienia" załogi Kapitan zdecydował zawinąć do Sassnitz celem nawodnienia. W Sassnitz przeżyliśmy jedyną, podczas całej podróży "kontrolę" celną, która szybko się skończyła, gdy celnik zorientował się w ilości piwa, którą wieziemy. Po dwudniowym nawadnianiu, przerywanym zwiedzaniem miasteczka i tamtejszych atrakcji (jedną z nich był dawny, brytyjski okręt podwodny "OTUS" klasy Oberon udostępniony do zwiedzania) byliśmy (załoga i pogoda) gotowi do pożeglowania do stolicy Danii. Wypłynęliśmy oczywiście na noc i żeglując pomiędzy oświetlonymi jak choinki promami i mniej oświetlonymi podejrzanymi statkami dotarliśmy do Kopenhagi. Tam, wspólnie z załogą spotkanego "Copernicusa" zwiedzaliśmy miasto.
Następnym portem był Helsingor, gdzie według historyków literatury znajduje się zamek Hamleta. Podczas tego odcinka mieliśmy zdecydowany wiatr z pożądanego kierunku. Bardzo miłe żeglowanie. Po długich nocnych rozmowach oraz zwiedzeniu nazajutrz zamku i okolicy udaliśmy się w dalszą podróż.
Kolejnym portem było Skagen znajdujące się na północnym koniuszku Danii. Podczas podróży wiatr się "skończył" i znów trzeba było podróżować w hałasie. Dalej towarzyszył nam "Copernicus" pod wodzą "Wuja" i w Skagen nastąpiło kolejne, wspólne zwiedzanie, tym razem miasteczka pełnego malutkich, żółtych domków krytych czerwoną dachówką. Skagen jest chyba atrakcją turystyczną, gdyż na nabrzeżu portowym przelewa się tłum turystów napychających się w licznych restauracyjkach tym, czym morze obdarowało rybaków. Całe szczęście kąt, w którym staliśmy był dość daleko od tego zgiełku. Nazajutrz dotankowanie jachtu (bo następnym przystankiem miała być Szkocja) i w drogę.
Muszę powiedzieć, że wręcz uderzyła nas jedna rzecz - zarówno na Rugii jak i w Danii - natrętne, wręcz nieraz bardziej niż natrętne nagabywanie o uregulowanie opłaty portowej. Ale cóż, może mają złe doświadczenia...
Przed nami Skagerrak, który przywitał nas słoneczną pogodą i... brakiem wiatru. No cóż, znowu trzeba na silniku. Gdzieś na Skagerraku pożegnaliśmy się z "Copernicusem", który obrał kurs na Norwegię, my konsekwentnie na zachód. Po kilkunastu godzinach wiatr ruszył trochę i to z kierunku, który pozwolił nam rozwinąć spinakera. Żegluga na spinakerze trwała następne kilkanaście godzin, ale w końcu zmieniający się kierunek wiatru zmusił nas do jego zrzucenia.
Wpłynęliśmy na Morze Północne, które początkowo dość łaskawie nas traktowało - pustka wkoło, zero statków, ptaków (chociaż jeden taki się znalazł samotnik i nawet jakiś czas nam towarzyszył). Któregoś ranka mieliśmy odwiedziny delfinów (trzy lub cztery sztuki), które urządzały sobie zabawy z jachtem. Chwilę potem zobaczyliśmy wysoko nad wodę uniesiony ogon orki, jakieś dwieście metrów od jachtu. Orka taka sobie stała w miejscu i co jakiś czas prała tym ogonem o wodę - dziwne zajęcie.
W nocy przeszliśmy pomiędzy platformami wiertniczymi mijając południk zero. Podczas ostatniej doby przeprawy przez Morze Północne żarty się skończyły. Morze postanowiło pokazać troszkę ze swoich możliwości. Wiatr oczywiście "w twarz". Genua nie wytrzymała. Zmiana na zwykłego foka w wodzie po pachy. Siła wiatru ustaliła się na 7 B. Ale nasze żołądki chyba trochę przywykły już do kołysania, bo obiad (ugotowany w tych warunkach) pozostał "w organizmach". No i mozolna halsówka w stronę widzianego już od dłuższego czasu brzegu. Najbliższym szkockim portem był Fraserburg. Postanowiliśmy tam zawinąć, ponieważ pogoda zdecydowanie się pogarszała i byliśmy już zmęczeni - załoga liczyła pięć osób łącznie z Kapitanem, czyli dwie wachty, co oznaczało nominalnie 12 godzin wachty dla każdego, nie licząc sytuacji awaryjnych i innych. Po wyjechaniu sporo na północ piękny hals już w kierunku Fraserburga: prawie półwiatr i 7 B. Te ileś tam ton "Rzeszowiaka" wyrywało z wody chwilami, wrażenia niesamowite.
W locji co prawda napisano, że jachty nie są mile widziane w tym typowo rybackim porcie, ale cóż - zaryzykujemy. Wpłynęliśmy przy najniższej wodzie pływu syzygijnego. Różnica w wodzie wysokiej i niskiej około 3,5 metra - tak, że wpływa się do betonowego rowu obrośniętego zielonymi i brązowymi porostami. Na brzeg po klamrach wbetonowanych w ściany basenu portowego. Twierdzenie o niegościnnym porcie rybackim okazało się całkowitą bzdurą. Wszystko, co nam było potrzebne, zostało załatwione - prysznice w misji rybackiej, paliwo przyjechało pod jacht w postaci cysterny i faceta z wężem pytającego się, gdzie ma nalać (paliwo trzykrotnie tańsze niż ropa na stacji benzynowej - Marine & Heating Fuel). Normalni ludzie w pubie, jakieś imprezy rybaków. Po dwóch dobach poznawania okolicy wyruszamy dalej (policzono nam tylko za dobę postoju, bo z okazji ich święta jedną mieliśmy darmo - jaka odmiana po wcześniejszych doświadczeniach).
Moray Firth przywitała nas znów tężejącym wiatrem "w twarz". Końcówka przed Inverness była naprawdę "mocna". Ale cóż, przeprawiliśmy się przez śluzę "morską" i jeszcze jedną "śródlądową", wnosząc opłatę za pływanie po Kanale Kaledońskim, i postój w Seaport Marina. Wojtek, nasz Kapitan, skwitował ten fakt krótki stwierdzeniem: "koniec żeglarstwa, zaczyna się jachting".
Następnie rozpoczęło się wdrapywanie, poprzez kolejne śluzy, w górę Kanału Kaledońskiego. Krajobraz stawał się coraz dzikszy. Niestety, beztroskie podziwianie okolicy zostało bezlitośnie przerwane przez niepokojący wzrost temperatury silnika. Okazało się, że zatkany został wlew zaburtowej wody chłodzącej. Niestety, od środka nie dało się tego usunąć. Po wpłynięciu na Loch Ness znaleźliśmy mały porcik w okolicy Urquhart Castle, w który zmieścił się nasz jacht. I tam Kapitan wykazał się wielkim hartem ducha i jeszcze większą odpornością na temperaturę wody (5-6°C) i zanurkował pod jacht wyciągając wielką folię, która utkwiła we wlocie. Nazajutrz wyruszyliśmy w dalszą drogę - na zachód. I oczywiście nasz ulubiony kierunek wiatru "w twarz", ale o sile jakichś 8B! Przez cały czas pływania po Loch Ness wypatrywaliśmy tego sympatycznego zwierzątka, z którego słynie to jezioro, ale nic z tego - wystraszyło się i schowało głęboko.
Następny postój wypadł w Fort Augustus, na zachodnim krańcu Loch Ness. Tam zwyczajowe zwiedzanie pubów, gdyż, niestety, znajdujące się tam opactwo było zamknięte dla zwiedzających - i następnego dnia w drogę. Przez cały czas mijaliśmy mosty, które na widok zbliżającego się jachtu usuwały się z drogi, aby zaraz za rufą powrócić na swoje miejsce. Żadnych problemów. Dopłynęliśmy wreszcie do najwyżej położonej śluzy w kanale Cullochy Lock. Odtąd już tylko w dół.
Ostatnia kaskada śluz, czyli "Schody Neptuna", to bodajże osiem śluz jedna po drugiej, znajduje się przy końcu kanału w Corpach. Po przebyciu tego okazu sztuki inżynierskiej jeszcze tylko "morska" śluza i jesteśmy na wodach morskich po zachodniej stronie Szkocji. Niestety czas nas trochę poganiał i nie wykonaliśmy planowanego zwiedzania destylarni.
Tak, że obejrzeliśmy tylko z daleka zakryty chmurami, górujący ponad Fort Wiliams najwyższy szczyt Szkocji Ben Nevis (trochę ponad 1300 m, ale góra zaczyna się na poziomie 0!) i skierowaliśmy się w kierunku portu wymiany załóg, czyli Obanu. Po drodze troszkę uległy zmianie plany, gdyż znaleźliśmy wygodny port w zatoczce tuż przed Obanem. Postanowiliśmy tam już pozostać i tam dokonać przekazania jachtu następnej załodze pod wodzą "Rekina", która miała udać się na Islandię. Miejscowość ta to Dunstaffnage.
Podsumowując ten etap trzeba powiedzieć, że nie należał do łatwych. Dwuwachtowa załoga cały czas miała co robić. Pogoda również nas "nie pieściła", ale dzięki temu wszystkiemu mieliśmy okazję "popływać" więcej niż pełne załogi. Nie mówiąc już o wzroście kwalifikacji ;-).
W czasie 22 dni rejsu przepłynęliśmy 878 Mm, odwiedziliśmy 6 portów "morskich" i 5 "śródlądowych". Zaliczyliśmy też 11 godzin sztormowych. Godzin pływania 216, postoju w portach 303.
Szymon |